niedziela, 14 grudnia 2014

V. Niebezpieczne igranie II.

Przez następne dni Śmierć starał się być jak najbliżej Leny, by powodować u niej rozdrażnienie - traktował to jako niekonwencjonalny sposób na rozrywkę. Sen musiał wyjechać na dwa dni, więc wiedział, że to tylko spotęguje jej złość.
Po śniadaniu siedział w salonie czytając książkę. Lena weszła do pokoju, lecz nie dostrzegła go od razu. Mając taką sposobność obserwował ją, czekając na dobry moment, by się odezwać.
Długie włosy zgarnęła do tyłu, pozwalając opadać im w falach do pasa. Dzisiaj nie była tak wytwornie ubrana - sukienkę zastąpiły obcisłe jeansy i biała, niemal przezroczysta koszula z czarnym kołnierzykiem i guzikami, odsłaniająca jej ramiona. W ręku trzymała kubek z kawą, jej ożywczy zapach rozszedł się po pokoju.
- Sen wróci za dwa dni. Wyjechał dzisiaj rano - powiedział zgryźliwym tonem, powodując, że dziewczyna prawie rozlała gorący napój. Popatrzyła na niego z rozdrażnieniem, chociaż jej głos był równie zgryźliwy.
- Mogę tylko żałować, że to nie ty musiałeś wyjechać - odwróciła się z zamiarem wyjścia.
- Wierz mi, że nie tylko tego pożałujesz.
- Jasne - rzuciła przez ramię.
Po chwili z powrotem weszła do pokoju, mając minę stosowną dla uczestnika pogrzebu, a za nią wszedł Lucyfer i to on zapewne był powodem jej powrotu. Stanęła tyłem do nich przy oknie, udając, że zaciekawiło ją coś na zewnątrz. Śmierć zastanawiał się co takiego może powiedzieć, by doprowadzić ją do wybuchu. Ciekaw był, jak na niego zareaguje przy Lucyferze.
- Lena, chodź tutaj, usiądź z nami - poprosił Lu. Nawet się nie obejrzała.
- Dziękuję, postoję - odpowiedziała. - Nie mam zamiaru z wami siedzieć.
- Chyba będziesz musiał ją zamknąć na czas balu, Lucyferze, by nie obraziła wszystkich gości. Niektórzy z nich będą brali wszystko do siebie i nie rozumieją co to są hormony i dojrzewanie - powiedział z uśmiechem Śmierć.
- Miejmy nadzieję, że nie - Lu mówił bardziej do Leny, niż do niego.
Lena odwróciła się powoli. Na jej twarzy królował sztuczny uśmiech.
- Nie będziesz musiał się przemęczać, Lu. Mogę sama się zamknąć, byłabym całkiem szczęśliwa.
Wyszła nie czekając na odpowiedź. Najwyraźniej usłyszała, że ktoś za nią wyszedł, bo nie patrząc za siebie powiedziała:
- Nic nie mów, Lu. To on zachowuje się jak...
- Przestań - przerwał jej. - Śmierć jest moim gościem, musisz go szanować.
- Prędzej Piekło zamarznie - oznajmiła dobitnie, pół żartem, pół serio. Lucyfer uśmiechnął się, mimo, że był na nią zdenerwowany.
- Jak ty to robisz, że zawsze potrafisz mnie rozbawić?
- Codziennie ćwiczę przed lustrem - powiedziała z powagą, odwracając się do niego. - Po co każesz mi z nim siedzieć, skoro wiesz jak to się kończy? Jesteś chyba świadomy, że nie ustąpię. Jedyną osobą, która może temu zaprzestać jest Śmierć, a najlepszym sposobem będzie jego wyjazd.
- On wyjedzie po balu. Nie możesz chociaż udawać miłą?
- Nie.
- Lena, on jest niebezpieczny. Chcę cię tylko ostrzec. Jego potęga przekracza twoje pojmowanie - on będzie postępował względem ciebie podobnie, jak ty względem niego. Ale jeśli sprawisz, że będzie zły, on odpłaci się tym samym, tyle, że pomnoży to przez tysiąc. Zastanów się, czy warto grać w taką ryzykowną grę.
Odwróciła się, nie chcąc słyszeć już ani słowa. Śmierć by jej nie tknął, przecież Sen by na to nie pozwolił. Poza tym nie wyobrażała sobie, by mogła odpuścić – to nie byłoby w jej stylu, duma nie pozwalała jej na to. A trzeba było wiedzieć, że mieszkając u Lucyfera Lena nauczyła się, że duma jest jedną z najważniejszych cech – nikt jej nie powiedział, że bycie dumną może się dla niej źle skończyć.
Faktem jest również, że duma przeradza się nazbyt często w pychę, posiada dwie strony medalu. Ten, który jej posmakował nie może jej się pozbyć, gdyż jego umysł nie pozwala na jakiekolwiek znieważenie, jakikolwiek uszczerbek na gładkiej powierzchni dumy. To nie tak, że duma jest zła – zły jest jedynie jej nadmiar.
            Aby nie spotykać Śmierci Lena spędzała czas na dworze. Siedziała w miejscu, gdzie parę dni wcześniej rozmawiała ze Snem, mimowolnie wracając myślami do ich rozmowy. Poczuła ukłucie bólu.
Była przekonana o tym, że Sen ją kocha, oraz w niedalekiej przyszłości będzie chciał by została jego towarzyszką. Lena też darzyła go miłością, lecz… Bała się. Bała się nieśmiertelności. Ogarniało ją przerażenie patrząc w przyszłość spędzoną wśród niezwykłych istot jako zwykły człowiek obdarzony nieśmiertelnym ciałem. Tak bardzo chciała się wyrwać z tego niepojętego dla innych świata, tak bardzo chciałaby żyć inaczej. Chciała się uczyć na własnych błędach, być zdana sama na siebie. Pamiętała, jak marzyła o tym, by iść do szkoły – Lu nie zgodził się, i wykupił jej prywatnego nauczyciela. Nie rozumiał, że jest człowiekiem, nie wiedział z czym się to wiąże. Te wątpliwości zbierały się w niej od paru lat, lecz obawiała się reakcji Lucyfera. On chciałby, by na zawsze z nim została, bądź spędziła wieczność ze Snem.
Tak bardzo bolało ją to, że rani Sen. Chciała z nim być blisko, lecz nie do końca podzieliła się z nim swoimi wątpliwościami. Nie chciała go ani zranić, ani stracić. Nie widziała samolubności swojego postępowania.
            Dzień balu nieuchronnie nadszedł, niczym upadek ostatniej kostko domino. Było już późno, kiedy Lena wyszła z kąpieli i zaczęła się przygotowywać. Zrobiła delikatny, złocisty makijaż, włosy spięła w kok, pozwalając niektórym kosmykom uciec, nadając przez to fryzurze delikatności. Ubrała szmaragdową suknię bez ramiączek, podkreślającą jej szczupłą sylwetkę, opadającą swobodnie do samej ziemi. Materiał, z którego była zrobiona był tak delikatny, że przy każdym jej ruchu drgał, jakby suknia była jej drugą skórą. Na koniec założyła złotą kolię i kolczyki – prezent od Lucyfera. Kiedy ubierała buty usłyszała pukanie do drzwi.
- Lena, pośpiesz się, goście już przybyli! – zirytowany głos Lucyfera doleciał zza drzwi.
- Za chwilkę będę gotowa.
Spryskała się delikatną perfumą i podążyła w stronę schodów. Cały hol był już zatłoczony, goście z różnych stron, o różnym wyglądzie nadeszli i witali się z Lucyferem. Niemal nie było czuć niechęci, ani nienawiści.
Kiedy była w połowie schodów ujrzała Śmierć. W pięknym garniturze i śnieżnobiałej koszuli z muszką wyglądał naprawdę przystojnie. Jednak, kiedy ten napotkał jej spojrzenie szybko odwróciła wzrok. Nie chciała sobie psuć humoru.
Na końcu schodów czekał na nią Sen. Uśmiechnęła się, patrząc na jego wyciągniętą dłoń. Pocałował ją w policzek i zaprowadził do jadalni.
Miała miejsce pomiędzy Snem, a Śmiercią. Mogła się założyć, że to Lucyfer był pomysłodawcą takiego rozsadzenia. Nie miała pojęcia co nim kieruje, ale zaczął ją już irytować. Dostrzegła Azazela, obrzydliwą istotę podobną do człowieka, lecz ze skórą koloru bordowego, oznaczoną licznymi tatuażami na całej jej powierzchni. Poznała go już wcześniej, lecz nigdy za nim nie przepadała – był zbyt bardzo pewny siebie, zbyt bardzo polegał na swej sile. Kiedy dostrzegł, że Lena go obserwuje zamachał cienkim ogonem o zakończeniu podobnym do grota strzały. Szybko kiwnęła mu głową i odwróciła się.
Zobaczyła również kocią boginię Bastet, o głowie kota syjamskiego i ciele pięknej kobiety, oraz nordycką boginię Świata Umarłych Hel, o pół rozkładającym się ciele i pięknym obliczu, co chwilę spoglądającą na Śmierć, i obrzucającą Lenę zazdrosnymi spojrzeniami. Gdyby Lena umiała nawiązać telepatyczne połączenie, z pewnością odradziłaby jej jakiekolwiek plany związane ze Śmiercią. Zwłaszcza, że zarówno Bastet jak i Hel należały do jednych z jej ulubionych istot.
Za Bastet stał Anubis, przypatrując się wszystkim swymi szakalimi oczami.
Poza tym, było mnóstwo demonów z wyższą rangą. Na dzień balu upodobniły się nieco do ludzi, chociaż bardzo łatwo poznać demona. Może to ten błysk w oczach, a może mroczna aura, która ich otaczała.
- Hel za chwilę spali cię wzrokiem – Sen uśmiechnął się do Leny, na co ona zamachała rękami niczym wachlarzem.
- Uuu, gorąco – zaśmiała się i zerknęła na Śmierć. Mężczyzna siedział nieruchomo patrząc przed siebie, najwyraźniej nie przejmując się zalotnymi spojrzeniami bogini. Jego blada twarz była niemal bez wyrazu, chociaż Lena była pewna, że również nie jest zadowolony ze swojej sąsiadki. O dziwo jednak, na jego obliczu nie było ani krzty niezadowolenia, ani uncji złości. Wręcz przeciwnie, Lenie wydało się, że jest nadzwyczaj pogodny. Zaniepokoiło ją to.
Przeniosła wzrok na Lucyfera, który wstał i wzrokiem ogarnął wszystkich gości.
- Witajcie, dostojni goście. Bardzo dziękuję za przybycie. Ufam, że wszyscy jesteście zdrowi i w pełni sił. Zapewne zastanawia was powód, dla którego zarosiłem tak liczne grono – po Sali przeszedł pomrok, i nie ulegało wątpliwości, że wszyscy znają ten powód. Lucyfer uśmiechnął się szeroko. – Tak sądziłem. Nareszcie nadszedł oczekiwany przez wszystkich dzień, no może przez niektórych bardziej, a przez niektórych mniej… ale, tak, to ten dzień, w którym zrzeknę się praw do Piekła. Stare rządy należy zastąpić nowymi. Nic tak nie odświeża jak nowa władza. Tak więc pod koniec balu ogłoszę do kogo należy moja część Piekła. Do tego czasu – wyszczerzył zęby, i trzeba przyznać, że wyglądał najbardziej czarująco i złowieszczo na sali – mogę was tylko prosić, byście oddali się rozrywce i dobremu towarzystwu. Taka chwila beztroski przed nowym dniem. Dziękuję.
Na sali rozległy się oklaski radości, chociaż większość z nich była tylko złudzeniem – nie dało się nie wyczuć napięcia i oczekiwania.
Z tego, co było wiadomo konkurentami walczącymi o piekielną część Lucyfera byli Azazel oraz Legion, trzeci najpotężniejszy po Lucyferze i Azazelu. Powszechnie twierdzono jednak, że Legion wcale nie chce Piekła – demon ten za cel postawił sobie pożarcie, czy też raczej pochłonięcie jak największej liczby demonów, dzięki czemu stawał się coraz silniejszy. Był taką istotą, dla której najważniejszą rzeczą było zdobywanie coraz większej mocy – lecz moc tą zdobywał nie po to, by rządzić, lecz by osiągnąć szczyt własnej satysfakcji. Dlatego też, jego kandydatura miała charakter jedynie formalny. Tak więc, z logicznego punktu widzenia Piekło należało już do Azazela.
Lena spojrzała na Legion. Demon miał skośne, czarne oczy, niemal białą skórę i czarne włosy, zaplecione w warkocz, sięgający kolan. Przybył tutaj najwidoczniej tylko z grzeczności, bez zainteresowania wpatrywał się w Lucyfera.
Rozległy się rozmowy, napełniając powietrze syczeniem, warknięciami, śmiechem i szeptami. Lucyfer podszedł niepostrzeżenie do Snu.
- Wasza siostra nie przybędzie? – zapytał. Sen pokręcił głową.
- Bardzo w to wątpię. Nie wychodzi już ze swojego pałacu.
Lucyfer pokiwał tylko głową i odszedł przywitać się osobiście z gośćmi.
- Dlaczego wasza siostra nie wychodzi z pałacu? – zaciekawiła się Lena. Sen zrobił pochmurną minę.
- Bardzo się zmieniła – najwidoczniej chciał jeszcze coś dodać, lecz przerwał mu zimny głos.
- Nie sądzę, byś miał powód by ujawniać nasze rodzinne sprawy, Śnie – Śmierć wbił w niego chłodny wzrok, na co Lena przewróciła oczami.
- Masz rację, przepraszam bracie.
Śmierć nagle znieruchomiał i zacisnął szczęki. Odwrócił głowę i spojrzał gdzieś za Sen. Lena podążyła za jego wzrokiem.
- Witaj Śmierć. Cześć, Śnie – głęboki kobiecy głos zadudnił w uszach Leny, jakby wydobywał się nie z ust pięknej kobiety, a z wnętrza głowy. Czerwona suknie opinała jej ciało, uwydatniając jej idealną budowę, marzenie każdego mężczyzny. Włosy czarne jak noc opadały w falach trochę niżej ramion, gęste, bujne, a zmysłowy wzrok kusił jakąś obietnicą. Bracia wstali i ukłonili się lekko.
- Pożądanie – powiedział Sen. Lena dopiero teraz zauważyła, że na twarzy Snu widać strach, chociaż najwidoczniej starał się go maskować. Niepewnie spojrzała na Śmierć – na jego obliczu było widać tylko gniew.
- Co ty tutaj robisz? – zapytał ze złością. Powietrze wokół niego zgęstniało.
- Jestem gościem Lucyfera, wuju – uśmiechnęła się lubieżnie i przymrużyła oczy. – Przybyłam zamiast mej matki.
- Po co? – Śmierć nie ukrywał wściekłości. Najwidoczniej atmosfera udzieliła się w pomieszczeniu, bo większość obecnych uważnie obserwowało ten konflikt.
- Oj, wujku, skąd to zdziwienie? Po prostu się za tobą stęskniłam… - uśmiechnęła się. – I kocham bale.
Podeszła z gracją do niego i zbliżyła czerwone, pełne usta do jego ucha.
- Jeżeli chcesz porozmawiać, lepiej zrobić to na osobności, nie sądzisz? – powiedziała to na tyle głośno, że Lena usłyszała. – Po co ujawniać nasze rodzinne… sprawy?
Odsunął się od niej gwałtownie, lecz na jego twarz wstąpiło opanowanie. Odwrócił wzrok od Pożądania.
- Nie sądzę, bym miał z tobą o czym rozmawiać.
Musnęła jego ramię dłonią i odeszła, przyciągając wzrok wszystkich obecnych. Zerknęła zaciekawiona na Lenę, lecz spojrzenie to było tak krótkie, że dziewczyna nie była pewna, czy jej się nie przewidziało, a później podeszła do Lucyfera, by się z nim przywitać.
- To twoja siostrzenica? – zapytała cicho Sen. Nie odpowiedział jej od razu, bo z niepokojem spoglądał na swego brata.
- Tak. Pożądanie, jedna z siedmiu córek Życia – wydawał się nadal zaniepokojony, dlatego nie drążyła tematu. Musnęła dłonią jego ramię, chcąc jakiś wyjaśnień, lecz on tylko szepnął:
- Później.
W sali balowej rozległa się muzyka. Większość z gości podążyła więc tam, by zatańczyć, lub wdać się w rozmowę. Sen ujął dłoń Leny.
- Czy mogę prosić panią do tańca? – uśmiechnął się szelmowsko.
- Oczywiście – przytaknęła mu i po chwili tańczyli walca. Lena patrzyła ponad ramieniem Snu. Myślała o dziwacznej reakcji braci na Pożądanie.
- Muszę przyznać, że Pożądanie jest okrutną istotą – powiedział Sen, jakby czytając jej w myślach. Od wielu wieków zabawia się kosztem Śmierci – i nie jest to niewinne dokuczanie.
- Ale dlaczego? – zapytała z ciekawością.
- Lena, to nie jest twoja sprawa. Mój brat nie życzy sobie, bym opowiadał komuś o czymś, co go dotyczy. Rozumiesz? – w jego głosie pobrzmiewała nutka ostrości i błagania.
- Przepraszam. Nie chciałam być wścibska – Sen wyszczerzył na to zęby w uśmiechu.
- Czyżby?
- Może trochę – puściła do niego perskie oko i uśmiechnęła się.
Wirowała w jego objęciach, czując się tak pewnie, tak bezpiecznie. Po pierwszym tańcu podszedł do niej Anubis.
- Hej – przywitała go ciepło. Znali się długo, odkąd Lena była na wspaniałej wycieczce w Egipcie. – Jak leci, Anubisie?
Widziała, że jej nie odpowie, skinął tylko głową i wyciągnął rękę. Wywróciła oczami. Anubis bardzo mało mówił, lecz zawsze był do niej przyjaźnie nastawiony. Później zatańczyła z paroma znajomymi demonami, by ponownie wpaść w ramiona Snu.
- Nie dam rady. Nieśmiertelni może mogą przetańczyć całą noc, ale ja jestem tylko biednym człowiekiem i muszę odpocząć.
Stanęli przy oknie.
- Anubis cię podrywał. Spodobałaś mu się.
- Preferuję antropomorficzne ucieleśnienia snu, niż bogów Egiptu. Nie musisz się obawiać. Poza tym… - uśmiechnęła się figlarnie. – wolę bardzo starych mężczyzn.
- Dziadziusiów?
- Dokładnie stare antropomorficzne ucieleśnienia snu.
- A więc jestem spokojny.
Objął ją delikatnie w talii. Zerknęła na zewnątrz. Śmierć stał opierając się o kolumnę. Patrzył w gwiazdy, zamyślony. Oderwała szybko od niego wzrok, bojąc się, że go zauważy.

            Wściekłość. Czarno – czerwona, płonąca substancja, przepalająca jego serce, gdzieniegdzie spowita szarą mgiełką żalu. Tak właśnie czuł się w tym momencie Śmierć.
Kiedy ujrzał Pożądanie, jego stare rany się otworzyły, a z nich nie wyszły tylko wspomnienia, ale również nienawiść, złość i szał. Ale tylko jego wnętrze było w chaosie. Na zewnątrz stanowił beznamiętny, profesjonalnie opanowany twór, niczym posąg, kamienny i nienaruszalny.
Ale złość nie przechodziła. Odwrócił się w stronę pałacu i w oknie ujrzał Lenę, objętą ramieniem przez Sen. Jego irytacja względem niej, podsycona wściekłością na Pożądanie szeptała mu co powinien zrobić. Wiedział już jak sobie ulżyć. Wiedział, jak najszybciej będzie mógł zapomnieć. Wrócił do sali.

Lena nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Śmierć poprosił ją o następny taniec. Nie zdążyła nawet pomyśleć o odmowie, tak ją zaskoczył. Szturchnęła Sen.
- Co to, do cholery było?
- Nie przeklinaj – odpowiedział Sen, zręcznie ukrywając swoje zdziwienie. – To chyba ładnie z jego strony. Moglibyście zakopać topór wojenny.
- A po co?
Sen uśmiechnął się tajemniczo.
- Skoro się ze mną… przyjaźnisz, to chyba lepiej, byś utrzymywała przyjazne stosunki, przynajmniej z częścią mojej rodziny. Nie sądzisz?
Lena poczuła gorąco na twarzy, słysząc te słowa. Jednak nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo znalazł się przy niej Śmierć.
- Mogę prosić? – zapytał uprzejmie.
- Możesz.
Wziął jej rękę. Trzymał ją w objęciach pewnie, jednak delikatnie. Patrzył się gdzieś ponad jej głową. Czując się skrępowana, Lena postanowiła przerwać milczenie.
- Zaskoczyłeś mnie tą prośbą – stwierdziła szczerze. Musiała przyznać, że świetnie tańczył. Zauważyła, że ma bardzo silne ciało. Znowu zaskoczyło ją to wielkie podobieństwo do Snu. Przez moment nie mogła oderwać od niego wzroku.
- Potrafię zaskoczyć – odpowiedział jej, wykrzywiając usta w delikatnym uśmiechu. Zauważyła jednak, że jego oczy pozostały chłodne i nieprzeniknione.
Lena zaniepokoiła się.
- Czy jest coś, czego nie potrafisz? – zapytała z sarkazmem, chcąc wywołać u niego jakąś znajomą, pełną gniewu reakcję.
- Owszem – zadziwił ją tym stwierdzeniem.
Spojrzała na niego pytająco.
- Nie potrafię złamać obietnicy – powiedział tylko. Muzyka przestała grać, Śmierć skłonił się delikatnie i odszedł. Wróciła do Snu i usiedli przy stole by coś zjeść.
- I jak się tańczyło? – zapytał ją. Lena rozejrzała się, upewniając się czy Śmierci nie ma w pobliżu.
- Nie mogę uwierzyć, że to mówię, ale całkiem przyjemnie. Wdał się nawet ze mną w krótką rozmowę, i nie polała się krew. To chyba dobry znak, czyż nie?
Sen roześmiał się tylko.
- Mam nadzieję.
Po posiłku Lena wdała się w rozmowę z Lucyferem. 
- Jak idą twoje interesy, Lu?
- Jeśli mam być szczery, to nie mam na razie pojęcia. Czekam, na pewną decyzję.
- Nie wątpię w to, że czekasz – rozległ się spokojny głos.
Śmierć podszedł do nich tak cicho, że Lena wzdrygnęła się.
- Tak? – zapytał Lucyfer.
- Przemyślałem twoją propozycję, Lucyferze - oznajmił spokojnie Śmierć.
- I jaką podjąłeś decyzję?
- Zgadzam się.
- Pozostaje tylko kwestia zapłaty.
- Nie chcę niczego wartościowego - powiedział z uśmiechem nie obejmującym jego oczu. - Jutro wracam do swojej krainy - przeniósł wzrok na Lenę. - Chcę, żeby poszła ze mną.
Z zadowoleniem obserwował jak dziewczyna blednie i otwiera ze zdziwienia usta. Przeniosła wzrok z niego na Lucyfera, mając w sercu chaos.

On zawsze dotrzymuje obietnic. A obiecał jej, że tego pożałuje.

Gniew w jego sercu zasnął, odszedł, ukrył się, przyczajony niczym tygrys gotujący się do skoku. 

poniedziałek, 8 grudnia 2014

V. Niebezpieczne igranie I.

Śmierć stał w otwartych drzwiach. Widział leżącą na łóżku dziewczynę, nadal nieprzytomną, a obok niej swojego brata, czuwającego jak rodzina nad łóżkiem poważnie chorego. Obserwował ich, zastanawiając się co takiego widzi w niej Sen. Coś w jego spojrzeniu, coś w sposobie, w który się do niej zwracał... Jakby była kimś ważnym, jakby miała coś w sobie. A był to zwykły człowiek, zwykła kobieta, tak niedoskonała, tak mało znacząca. Może Sen jej pragnął? Nie, to niemożliwe. Jak można pragnąć czegoś takiego, skoro można mieć coś lepszego. Jedyną rzeczą, która ją wyróżniała była świadomość o istnieniu istot, o których większość ludzi ma szczątkowe pojęcie. Nic więcej.
- Co tutaj robisz, bracie? – zapytał Sen zauważając jego obecność. Śmierć drgnął.
- Już zapomniałem, że niektórzy ludzie reagują tak na moją obecność. Do tego trzeba się przyzwyczaić – stwierdził. Sen uśmiechnął się lekko.
- Kto by pomyślał, że tak zareaguje. Wtajemniczona tak bardzo, a jednak... – Sen zamyślił się – Ale nic jej nie będzie – zabrzmiało to, jakby uważał, że Śmierć się przejął jej stanem. Zabawne, pomyślał.
Dziewczynie drgnęły powieki, lecz nadal się nie obudziła.
- Nie przyszedłem tutaj, by sprawdzać czy coś jej jest. Jeden człowiek w tą, czy w tą...
- Nie mów tak – przerwał mu ostro Sen, na co uniósł brwi. Nie powiedział już nic więcej, tylko odwrócił się i odszedł. Na jego twarzy wystąpił kpiący uśmiech.
Odszukał Lucyfera. Jego gabinet był jednym z tych pomieszczeń, w których było widać, że nie jest byle kim, że prócz wpływowego właściciela klubów nocnych rozmieszczonych na całym świecie jest kimś, kto kiedyś miał najcenniejsze królestwo prócz Królestwa Stwórcy. I chociaż jest na emeryturze, to wciąż posiada swoje udziały w Królestwie Potępionych.
Gabinet był ogromny, nie było w nim okien, gdyż znajdował się w niższej części niż piwnica. Oprócz bezcennych obrazów, rzeźb i mebli znajdował się tam również kamienny łuk, nieco na uboczu, a mimo to był on rzeczą najbardziej przyciągającą uwagę. Wewnątrz niego znajdował się srebrzysta mgła, niby płyn, może gaz – teraz przygaszona, lecz reagująca na dotyk rozbłyskiem. To były wrota do królestwa, które ongiś należało w całości do osoby, która w tym momencie siedziała na wygodnym krześle.
- Śmierć. Jak się ma Lena?
Śmierć wzruszył ramionami.
- Zapewne żyje. Wiedziałbym, gdyby umarła – odpowiedział lekceważąco.
Lucyfer uśmiechnął się tylko.
- Wiem, że twoje zaproszenie ma w sobie drugie dno, Lucyferze. Przyszedłem dowiedzieć się, czego ode mnie oczekujesz.
Śmierć wiedział, że Lucyfer nie jest bezinteresowną istotą. Każde jego działanie prowadziło do osiągnięcia jakiegoś celu. Nie miał mu tego za złe, był pod wrażeniem jego mądrości i przebiegłości – lecz świadomość, że nie wie o jego planach powodowała jego rozdrażnienie. To było takie uczucie niedosytu – miał w zwyczaju wiedzieć o wszystkim, co go dotyczyło.
- Jak nikt potrafisz mnie rozgryźć, przyjacielu – przyznał. – Usiądź – wskazał miejsce przed sobą. Przyjrzał się badawczo Śmierci.
- Wiele spraw pozostawiłem niedokończonych – westchnął i jego wzrok stał się na sekundę nieobecny. – I lekkomyślnym jest zostawić je bez uwagi. Takie sprawy mogą kiedyś sprawić niepożądane kłopoty. A ja pragnę spokoju.
Wiesz, przyjacielu... odkąd dwadzieścia lat temu zdecydowałem, że mój czas w Piekle się skończył, poczułem niesamowitą ulgę. Jakbym odjął z barków wielotonowego ciężaru. Kiedy wyszedłem z Piekła, tuż po ogłoszeniu mej decyzji poczułem, jakby dotąd burzowe powietrze stało się przejrzyste, naszpikowane ozonem. To było wspaniałe uczucie. I nadal jest.
Nie żałuję mojej decyzji. Powiem więcej – tu przeniósł wzrok na swego słuchacza. – To najlepsza decyzja, jaką podjąłem w życiu – a wiesz, że podjąłem ich mnóstwo. Jednak nie odzyskałem całkowitego spokoju. Troska o losy mej dawnej krainy spowodowała, że w rzeczywistości nie oddałem jej całej Azazelowi. Bałem się, że sobie nie poradzi – uśmiechnął się. – Bądźmy szczerzy, do najmądrzejszych on nie należy. Może jest potężny, ale z pewnością nie mądry. A siła to nie wszystko.
Złączył koniuszki palców jak filozof objaśniający swoją najnowszą teorię, albo biznesmen obmyślający nową taktykę.
- Azazel będzie na balu, który organizuję. Widzisz, ten bal... To tak naprawdę moje przyjęcie pożegnalne. Mam zamiar oddać ostatni teren Piekła, nad którym trzymam pieczę.
- Czy to nie oznacza, że całkowicie utracisz władzę? – przerwał mu Śmierć. Lucyfer pokiwał głową.
- Właśnie. Chcę tego, tej wolności, a jednocześnie nie pozwolę, by mój stary dom pozostał w rękach tej nędznej, głupiej istoty. Nie mogę na to pozwolić.
Chwilę milczał, zastanawiając się jak ubrać w słowa swoje plany. Śmierć przyglądał mu się z opanowaniem, jednocześnie czując nieokazywane na zewnątrz zaciekawienie. Nie miał pojęcia do czego zmierza Lucyfer, a pierwszy raz zaintrygował go tak bardzo. Cierpliwie czekał na dalszy ciąg, chociaż tajemniczość swego przyjaciela budowała napięcie, jakby naprężał on żyłkę, nie wiedząc w którym momencie pęknie.
- Azazel oczekuje, że oddam mu tą resztę, której nie posiada. Co ja mówię – machnął ręką. – On jest o tym przekonany. Przykre. Będzie wielce rozczarowany. Niebezpiecznie rozczarowany. Napijesz się czegoś? - zaproponował, jednak Śmierć pokręcił przecząco głową.
- W takim razie – zaczął Śmierć. – Skoro nie chcesz mu oddawać swej części, to komu chcesz ją oddać? Znajdziesz jeszcze jednego silnego demona? Czy jemu zaufasz?
- Och, nikomu z Piekła nie można wierzyć – odpowiedział ze śmiechem. – Uwierz mi – wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- W takim razie muszę przyznać, że cię nie rozumiem.
- Potrzebuję kogoś, komu nie zależy na tej władzy. Kogoś, kto swoją mądrością przewyższa Azazela. Kogoś, kto nie obawia się, że ten demon może mu coś zrobić. Musi to być osoba, która zna się na rzeczy, a jednocześnie, której na tyle nie zależy, że pozwoli mi, bym – oczywiście nieformalnie – nadal zajmował się tymi piekielnymi sprawami. No wiesz. Ktoś, komu mogę wierzyć, i kto nie powie nikomu, że w rzeczywistości ta część Piekła jest nadal moja.
Śmierć zamyślił się.
- Dlaczego sądzisz, - odezwał się po chwili. – że chciałbym przyjąć tę ofertę? Że chciałbym zupełnie bezinteresownie grać w tym teatrzyku?
Lucyfer roześmiał się.
- Tak myślałem, że się domyślisz. Wiem, że nic na tym nie zyskasz. Dlatego dam ci to, czego sobie zażyczysz. Nie mogę zaoferować nic więcej.
- A Azazel? Nigdy nie twierdziłem, że się go nie obawiam. Z jego siłą... Nie zniszczyłby mnie, lecz mógłby sprawiać pewne – chciał ująć to delikatnie. – niedogodności. Zwłaszcza, że zniszczyłem jego towarzyszkę.
- Wiem. Wiem – powtórzył Lucyfer. – Rozumiem, jeżeli odmówisz. Ale proszę cię, byś swą decyzję dobrze przemyślał. W zamian dam ci wszystko, co będę mógł ci dać. Tylko tyle. Aż tyle.
- Stawiasz mnie w niekomfortowej sytuacji, przyjacielu – powiedział ostro, akcentując ostatnie słowo.
- Mogę cię zapewnić, że twoja odmowa mnie nie urazi. Złożyłem propozycję, którą możesz zarówno zaakceptować, jak i odrzucić. Wolałbym, oczywiście, byś ją przyjął – inaczej nadal będę się zajmował Piekłem. Nie oddam go nikomu innemu. Tak czy siak – klasnął w dłonie – proszę, byś to przemyślał i najpóźniej w połowie balu dał mi odpowiedź. Wiem, że to bardzo samolubne z mojej strony, ale samolubność leży w mojej istocie.
Śmierć ledwo go słuchał. Tak naprawdę czekał na to, co miał mu w zamian do zaoferowania. Rozczarował się, gdy usłyszał jego niezbyt precyzyjną propozycję zapłaty. Miał wszystko czego chciał. Teoretycznie był całkowicie pewny, że nie przyjmie oferty. Lecz w praktyce, dla zasady, postanowił się zastanowić. Tyle mógł zrobić. Rozważyć wszelkie za i przeciw, zrobić bilans korzyści i wad.
- Doskonale. A więc na balu dam ci odpowiedź – powiedział Śmierć wstając z krzesła. Wyszedł, zostawiając Lucyfera w mgiełce niepewności.
Śmierć również nie był bezinteresowny. Nie miał zamiaru bawić się w charytatywność i wziąć na siebie tak wielkie niebezpieczeństwo, jakim był Azazel – zresztą nie tylko on. Władca większej części Piekła ma pod swym władaniem większość demonów, a niektóre z nich niemal dorównują mu siłą. Zastanawiał się więc, co mógłby zażądać w zamian. I nic nie przychodziło ku do głowy.

Wieczorem, zmierzając na kolacje postanowił, że na ten dzień wystarczy tych rozmyśleń. Wchodząc do jadalni był zaskoczony widząc dziewczynę – nie sądził, że tak szybko odzyska siły. Była blada i zauważył, że kiedy wszedł rzuciła mu spojrzenie pełne niepewności i jeszcze czegoś, czego nie poznał od razu – później zrozumiał, że to był strach. Nie zwracając na nią uwagi usiadł naprzeciw Lucyfera. Sen siedział obok Leny, wyjaśniając jej coś na tyle cicho, że nie mógł tego dosłyszeć.
Kolacja upłynęła szybko, niemal w całkowitym milczeniu, przerywanym jedynie przez tłumione chichoty Snu i Leny, jakby było coś śmiesznego w wytrawnych potrawach. W pewnym momencie Lucyfer zapytał się, co ich tak śmieszy.
- Przepraszamy – odpowiedział Sen. – Opowiadałem właśnie Lenie przezabawną historię, która miała miejsce nie tak dawno temu. Spotkałem bowiem pewnego boga, jednego z tych nowszych, bezsensownych i niemądrych. Sprzeczaliśmy się. W skrócie... – pomyślał chwilę. – Twierdził, że nie ma nikogo kto byłby od niego silniejszy. A wiecie, to był bóg... hm... nawet nie pamiętam czego. Mówiłem mu, że z pewnością jest ktoś, kto może mu zaszkodzić. On upierał się jednak, że nie ma takiej istoty. Mówił, że jestem głupi, skoro nie wierzę w jego potęgę.
Bóg ten nienawidził węży. Bał się ich.
A więc następnej nocy, kiedy zasnął... Sprawiłem mu piękny koszmar, w którym kąpie się w wężach. Następnie zapytałem się go, czy nadal obstaje przy swoim stanowisku. Był uparty. Ale po parunastu przerażających snach szybko odmieniło mu się zdanie. Był tak zrozpaczony, że przyszedł do mnie na kolanach i przyznał, że się mylił...
- Zaiste, zachowałeś się bardzo dojrzale. Zupełnie jak dziesięcioletnie dziecko – przerwał mu Śmierć.
- To chyba nic złego dowieść swego stanowiska – stwierdziła Lena. Śmierć uniósł brew. – Skoro był tak zadufany w sobie. Dobrze jest przypomnieć, że wcale nie jest taki ważny, za jakiego się uważa – uśmiechnęła się dwuznacznie do Snu, który zachichotał. Nie do końca jasnym było, czy mówi o niemądrym bogu, czy o kimś innym.
- A więc tobie by się to przydało – odpowiedział jej chłodno. Lucyfer przymrużył powieki, rzucając Lenie ostrzegające spojrzenie, natomiast Sen bawił się w najlepsze.
- A ja myślałam zupełnie o kimś innym – mruknęła pod nosem, na tyle głośno, że wszyscy to usłyszeli. Śmierć zacisnął zęby, próbując utrzymać pozorny spokój. Dziewczyna spowodowała jego złość – nic nieznacząca, nie szanująca tego kim był.
- Lena! – skarcił ją ze złością Lucyfer. Dziewczyna zrobiła minę, która miała oznaczać, w jej mniemaniu skruchę.
- Przepraszam... – zaczęła mówić patrząc na Śmierć, lecz nagle odwróciła się w stronę Lucyfera. – Lu.
- Co w cie... – zaczął, lecz Śmierć mu przerwał.
- Nic nie szkodzi, Lucyferze. Nie spodziewałem się niczego innego – powiedział z uśmiechem (chociaż on tylko wiedział, że udawanym), sprawiając, że Lena zaczerpnęła głośno powietrza z oburzenia. Po kolacji Śmierć widział, że Lucyfer spojrzeniem zatrzymuje dziewczynę przy stole i poczuł się usatysfakcjonowany. Żeby odczuć jeszcze większą satysfakcje przystanął za drzwiami jadalni, by posłuchać ich rozmowę.
- Chyba prosiłem cię o coś. Nie możesz powstrzymać się i chociaż udawać miłą?
Głos Lucyfera był ostry.
- Lu, chyba sobie żartujesz. A jak on się zachowuje...
- Dosyć! – przerwał jej ze złością. – Oczekuję od ciebie, żebyś się uspokoiła i zachowywała tak, jak na damę przystało. Rozumiesz?
- Ale... – nie dokończyła, być może przerwało jej mówiące za siebie spojrzenie Lucyfera.
Śmierć odszedł, w obawie, że zostanie przyłapany. Rozpogodził się, wiedząc, że zdenerwował bezczelną dziewczynę. Na zbyt dużo sobie pozwoliła – gdyby nie to, że opiekował się nią Lucyfer z pewnością pożegnałaby się z życiem.

Resztę wieczoru spędził w bibliotece, czytając dawno zapomniane przez ludzkość księgi przy wątłym świetle. Dopiero koło północy zdecydował, że pójdzie na spacer w świetle pełnego księżyca.
Śmierć spał bardzo rzadko. Nie potrzebował tego, tylko czasami – lecz jego sen różnił się od snu innych istot. Sama jego postać mogła śnić, idea nie – bo w każdej setnej sekundy, w każdym wszechświecie, na każdej planecie musiał zbierać żniwo. W rzeczywistości, chociaż jego ciało znajdowało się tutaj, jednocześnie odwiedzał miliardy innych miejsc.
Ogród wyglądał niczym magiczny zakątek. Skąpany w srebrzystym świetle, wydawał się być nie z tej ziemi. Księżyc odbijał się w tafli wody fontanny, a jego odbicie było zniekształcane przez strumienie wody, wydające z siebie tylko cichy szmer – tylko ten odgłos zakłócał ciszę. Na niebie nie było widać żadnej chmury, tylko mrugające punkciki, odległe, i nierzeczywiste gwiazdy.
Śmierć usłyszał czyjeś ciche kroki. Odwrócił się w stronę odgłosu i ujrzał postać, która zwinnie przeszła przez ogród i szła dalej, poza posiadłość. Najwidoczniej dziewczyna nie zauważyła go. Po chwili namysłu poszedł za nią, ciekaw dokąd wymyka się w nocy. Jej jasna sukienka była na tyle widoczna, że mógł zachować bezpieczną odległość, bez obawy, że go zauważy. Kiedy doszła do skraju posiadłości zniknęła między drzewami. Mimo, że stracił ją z oczu szedł dalej, kierowany ciekawością. Miał szczęście – dziewczyna nie odeszła daleko. Nieopodal granicy lasu zobaczył jakiś błysk i usłyszał cichy szum wody. Przejrzyste źródełko wpadało do zagłębienia otoczonego wielkimi, białymi kamieniami – Lena siedziała na jednym z nich, wpatrując się w świetliste jeziorko.
Obserwował ją. Jej włosy, spływające po ramionach błyszczały, oświetlane światłem kuli wiszącej nad ziemią. Twarz wydała się niemal biała. Wyglądała jak nieziemska istota. Jej suknia spływała po kamieniach, niemal dotykając wody. Nagle popatrzyła w stronę Śmierci, a on znieruchomiał, kiedy usłyszał, że ktoś się zbliża. Zrozumiał, że to nie jego zobaczyła – patrzyła nieco bardziej w jego lewo – spojrzał w tą stronę i zobaczył Sen. Śmierć stał w cieniu drzew, więc pozostał niezauważonym.
- Jesteś – powiedziała Lena. Śmierć widział, jak się uśmiecha, a delikatny wietrzyk muska jej włosy.
- Dziwnym by było, jakbym poprosił o spotkanie i nie przyszedł – Sen oparł się o kamień, na którym siedziała. – Pomyślałem, że dobrze byłoby się spotkać we dwoje. Sama wiesz...
- No tak – przerwała mu. – W tamtym towarzystwie nie można się nawet uśmiechnąć, bo już kogoś obrażam.
- Lena, dobrze wiesz, że to nie tak. Mój brat po prostu...
- Po prostu jest dupkiem.
Sen pokręcił głową.
- Wcale nie. Nie znasz go – zaprzeczył jej. Lena roześmiała się, przez co Śmierć poczuł rozdrażnienie.
- I nie mam zamiaru poznawać, wierz mi – złączyła dwa palce w gest przysięgi. – Ale nie chcesz chyba rozmawiać o nim - spoważniała, chociaż na jej ustach nadal błąkał się uśmiech.
Sen popatrzył na nią badawczo.
- Tęskniłem za tobą – wyznał cicho, tak, że Śmierć ledwo go zrozumiał. Śmierć nie mógł uwierzyć w to, co słyszał. Najpierw fakt, że to Sen chciał się z nią spotkać, a później to... Zamarł w oczekiwaniu na jej odpowiedź.
- To nie jest dobre. Nie powinieneś za mną tęsknić – odpowiedziała z powagą, a jej uśmiech zbladł.
- Mam kontrolować swoje uczucia?
- Nie to chciałam powiedzieć – wyglądała na podenerwowaną. – Wiesz o co mi chodzi!
- Lucyfer nie może decydować o tym, z kim się... – zawahał się na moment. – Przyjaźnisz.
- Wcale tak nie sądzę. On bardzo cię lubi, wiesz o tym – odpowiedziała mu cicho.
Milczeli przez chwilę, nadal nieświadomi, że są obserwowani. Sen ujął dłoń dziewczyny, jakby chciał jej coś tym gestem pokazać.
- A ty? – zapytał w końcu. Spojrzała na niego z zapytaniem, najwidoczniej nie rozumiejąc pytania. – Czy ty mnie lubisz?
Ponownie wybuchła perlistym śmiechem, a Sen spojrzał na nią, urażony.
- Głuptasie, przecież wiesz, że cię lubię. Jesteś najulubieńszą istotą, jaką kiedykolwiek spotkałam. Nikogo tak nie lubię jak ciebie. No, może twojego brata – dodała z sarkazmem, powodując, że się rozchmurzył. Oparła głowę na jego ramieniu. – Jesteś naprawdę zabawny, Śnie.
Śmierć uśmiechnął się kpiąco, patrząc na parę. Nie sądził, że Sen czuje coś do tej dziewczyny.
- Wracajmy – powiedziała cicho Lena. Śmierć odwrócił się i odszedł.

Usiadł w salonie, otoczony ciemnością. Gdyby nie wiedza, że para miała wrócić do domu, zapewne nie usłyszałby ich wejścia – lecz wyczulony na wszelkie odgłosy zakłócające ciszę wiedział kiedy weszli.
Sen przyszedł do salonu, dziewczyny z nim nie było –nie był świadomy obecności Śmierci. Być może chciał nad czymś rozmyślać, albo po prostu wszedł przypadkowo do akurat tego pokoju.
- No, no, no – Sen wzdrygnął się, słysząc brata. – To naprawdę żałosne, że pożądasz takiej istoty. Wszystkie boginie cię odrzuciły? – zakpił z niego.
- Ty... – od Snu emanował gniew. – Śledziłeś nas?
- Przypadkowo przechodziłem – sprostował Śmierć, chociaż wiedział, że w to nie uwierzy. Sen opamiętał się i stłumił wybuch złości.
- Co takiego ci w niej nie pasuje? Jest piękna, inteligentna i zabawna. A poza tym – spojrzał na niego. – Przecież to ja, nie ty się z nią przyjaźnię. 
- Nic mi nie przeszkadza, prócz tego, że tracisz czas na coś tak niestałego jak człowiek.
- Nie ty decydujesz o tym, co robię. Nie wiem dlaczego się wtrącasz do czegoś, co ciebie nie dotyczy.
- To po prostu jest dla mnie śmieszne. Nic więcej.
Sen zacisnął zęby, odwrócił się i wyszedł. Śmierć nie wiedział, dlaczego tak mówił – kochał swojego brata i nie chciał go skrzywdzić, ani zdenerwować. To Lena go denerwowała, to ją powinien był ukarać – marny człowiek nie może go obrażać.
Skierował się do swojej sypialni i położył się na łóżku.
Nie wiedział dlaczego, ale rozmyślał o tym, co zrobić, by utrzeć tamtej dziewczynie nosa. Było mnóstwo sposobów, ale tylko jeden był właściwy.
Uśmiechnął się i zamknął oczy.